Bawoły kontra Mamuty
Już prawie weekend. Siedzę sobie wygodnie w fotelu, piję piwo i zagryzam chipsy. Odpoczywam po pracy i czekam na mecz naszych biało-czerwonych chłopców z Czerwonymi Diabłami. Do meczu pozostało niedużo czasu. W prasie od kilku dni podnosi się atmosfera przedmeczowa. Już żurnaliści spekulują, kto zagra, a kto nie zagra w podstawowym składzie. Czekając na walkę o piłkę i bramki, w mojej pamięci powróciła inna walka.
Lat temu chyba ze dwadzieścia zobaczyłem w kinie film pt. „Walka o ogień”. Jak sam tytuł sugeruje, akcja filmu toczyła się w dawnych czasach, kiedy ogień był największym skarbem prehistorycznego człowieka. Był to jeden z moich pierwszych filmów, które obejrzałem na białym ekranie i zapewne dlatego tak dużo scen utkwiło mi w pamięci. Pamiętam o nim, pomimo, że nie było tam znakomitej gry aktorów, mistrzowskiej pracy kamery, efektów specjalnych czy też wyszukanych dialogów. Wręcz przeciwnie, w całym filmie wypowiedziane zostały dwa lub trzy słowa. Nie liczę tu oczywiście emocjonalnych pohukiwań głównego bohatera, gdy musiał odstraszyć napastników czy też gdy zabiegał o względy płci przeciwnej.
W filmie była oczywiście scena walki. Naprzeciw siebie stanęły dwa plemiona. Jedni byli ubrani w skóry z prehistorycznego bawoła, a drudzy odziani w skóry z mamuta. Dla nadania sobie siły i odstraszenia przeciwnika Bawoły pomalowali swoje twarze i ramiona na czerwono. Z kolei Mamuty zrobili to samo, tylko użyli koloru czarnego. Aby wyzwolić duch walki, ten i ów walił pięściami w piersi lub groźnie uderzał kijem o kij. Oczy wszystkim iskrzyły, a zęby błyszczały. I gdy adrenalina osiągnęła stan wrzenia, bo moment wyczekiwania zaczął się przedłużać, przed szereg wyszedł najwyższy i najszerszy Bawół. Sierść na jego odzieniu mieszała się z owłosieniem na ramionach, przez rozczochrane włosy przebijały się ostre czerwienie farb i dzikość oczu. Podniósł on ogromny kamień i cisnął nim w kierunku Mamutów. Kamień, upadając na skalistą ziemię, pękł na kilka części. Teraz piłeczka leżała po stronie Mamutów. Jeden z nich chwycił za kamień i z precyzją biblijnego Dawida, wycelował w jakąś Bawolą głowę. Rozpoczęło się to, co było nieuniknione i na co wszyscy, łącznie z widzami, czekali. Nie pamiętam, która strona miała więcej argumentów i przechyliła szalę zwycięstwa na swoją stronę. Na pewno jednak ówczesny reżyser mniej skoncentrowany był na ukazaniu technik i realizmu walki, za to bardziej uwidocznił moment inicjacji całego zdarzenia i późniejsze lizanie ran czyli przykładanie liści aloesu na obolałe i potłuczone miejsce uczestników potyczki. Ludzie prehistoryczni czcili planetę jako Wielką Matkę „z ziemi i skał”. Uważano, że rośliny są istotami świętym, których nigdy nie zrywano na próżno i bez poszanowania. Od najdawniejszych czasów aloes za taką roślinę był uważany.
W oczekiwaniu na współczesną walkę dalej piłem sobie piwo i zagryzałem chipsy. Miałem umówione spotkanie, więc postanowiłem przypomnieć sobie co o Ginku Plus mówi dr Marek. Ginko Biloba, albo inaczej Miłorząb japoński, to „roślina dobrej pamięci”. Cały świat, od długowiecznych Japończyków, niehamburgerowych Amerykanów, po konserwatywnych Niemców, zna Ginko. Ono poprawia dopływ krwi do mózgu, pobudza aktywność przewodzenia nerwowego, wzmacnia naczynia krwionośne i przyśpiesza procesy kojarzenia pamięci. Jednak Ginko Plus to nie tylko ginko biloba. To także cytrynowiec chiński, inaczej zwany jako schizandra. Owoce tej rośliny są silnym antyutleniaczem, neutralizuje wolne rodniki, zapobiega niekorzystnym procesom utleniania lipidów mózgowych. Schizandra poprawia widzenie i zwiększa zdolność organizmu do wykorzystywanie tlenu. Dalej w Ginku jest także rdest wielokwiatowy. Od wieków stosowany był przeciwko stanom przewlekłego zmęczenia i wyczerpania, niemocy płciowej, również dla powstrzymania procesów starzenia się organizmu. I na koniec w Ginku Plus jest grzyb reishi. Jest to znany w Chinach stymulator energii życiowej Chi. Starochińskie przysłowie mówi: „jeśli znajdziesz tysiącletni grzyb reishi rosnący na drzewie morwowym, możesz przywrócić do życia nawet umierającego”. Taki skład sprawia, że Ginko Plus to unikalny kompleks. Działanie poszczególnych składników jest zwielokrotnione przez starannie dobrane proporcje z innymi. Celem jest przede wszystkim maksymalne usprawnienie pracy mózgu.
Już tylko od samego czytania o ginku, przypomniałem sobie wyjątkowy mecz jaki na poprzednim europejskim turnieju stoczyli Holendrzy z Czechami.
Na boiskach Portugalii, Holandia stanęła w jednym szeregu naprzeciw naszym południowym sąsiadom. Jakąś dziwną koleją rzeczy i wbrew wszystkim wyliczeniom to Czesi we wcześniejszych meczach z Holendrami zawsze byli górą. Z tego też powodu, na wiele dni przed walką na wszystkich frontach czynione były podchody podobne do walki Bawołów z Mamutami. Obecnie oczywiście walczy się fair play i nie rzuca niespodzianie kamieniami w przeciwnika. No może w chwilach wielkich emocji jedynie jeden drugiego niewinnie opluje, ale kamery szybko to wyłapią, media nagłośnią i sprawca poniesie karę. W holenderskich mediach nieprzerwanie zastanawiano się, czy wcześniej zraniony piłkarz-wojownik będzie gotowy do następnej walki. Może nie aloesem, bo Holendrzy są narodem niecierpliwym, ale najnowszymi technikami medycyny przywracano gracza do stanu nadającego się do walki. Tradycyjnie przed meczem pół Holendrów wymalowało się na pomarańczowo i trąbiąc w trąbki, zaopatrzeni w przekąski i Heinekeny czekało przed telewizorami na piłkarską ucztę.
W piłkarski wieczór w Aivero, współcześni wojownicy, już nie w bawolich skórach, ale w zwiewnych i wygodnych uniformach Pumy, uganiali się, rzucali i kopali do siebie piłkę. Walka o piłkę była w górze, na murawie i w parterze. Cała potyczka była niesamowicie pasjonująca. Do ostatniej minuty nie było jasne, kto komu więcej piłek wpakuje do bramki. Pod holenderską bramką ramię w ramię walczyło dwóch dwumetrowców. Jaap Stam swą łysą i kanciastą głową wybijał piłkę jak najdalej od swojej bramki. Z kolei Czech, Jan Koller, też swoją łysą głową próbował ją do bramki wbić. Nieustępliwemu Czechowi nie udało się to głową, ale udało nogą. Wcześniej Holendrzy zrobili to samo dwa razy Czechom. Tylko to było za mało. Holendrzy wystawili tych, których mieli najlepszych z wygłodniałym na bramki jak wilk na ofiarę Van Nistelrooyem na czele. Natomiast Czesi mieli uskrzydlonego Nedveda. Gdy z nieziemską szybkością przelatywał z jednego końca boiska w drugi, to swoimi falującymi blond włosami przypominał Archanioła. Raz strzegł swojej bramki przed soczystymi strzałami holenderskich milionerów, by za chwilę, niczym ognistym mieczem, uderzać przeciwnika piekielnie kąśliwymi wolejami.
Holandia słabła.
Holandia gubiła się.
Holandia miękła w oczach.
Holandia biła głową w czeski mur.
W końcu jeden z pomarańczowym ujrzał czerwoną kartkę. On zszedł z boiska, a wówczas cała pomarańczowa drużyna padła. Na trzecią bramkę dla Czechów nie trzeba było długo czekać. Nie tylko dla czeskich kibiców był to „pikny vecer i fantasticky mecz”. Takie mecze się pamięta. Nawet jak nie znałem wcześniej Ginko Plus.
Wypiłem piwo i zjadłem chipsy. Sięgam ręką do moich zapasów, czyli następnej torebki. Powoli podnosi się przedmeczowa adrenalina.
Już od samego czytania o właściwościach Ginka Plus przypomniała mi się ta potyczka Czechów z Holendrami. Za chwilę nasi chłopcy stoczą walkę z Czerwonymi Diabłami. Już niedługo będziemy wiedzieli, czy to co nie udało się całej plejadzie wspaniałych polskich piłkarzy powiedzie się wybrańcom Holendra Don Leo.
Czekam na pasjonującą walkę. Będę ją zapewne również długo pamiętać. Już w moich ustach czuję Ginko Plus, o którym dr Marek zawsze tak ciekawie mówi i zachęca do jego używania.